Pomieszczenie było zatłoczone przeróżnymi przedmiotami. Przypominało kulisy teatru. Panował tu ruch. Ktoś coś przenosił, coś przesuwał. Parawany, zasłony i kotary mieszały się ze stertą sukien, kapeluszy i wszelkich ubrań. Z ciemnych zakamarków garderoby wyłaniały się widma powiewające woalem zgubionego kapelusza lub rozdartej firany.

W oświetlonej części znajdowały się dwie osoby. Jedną z nich była Ona.

Przestrzeń, w której się znalazła, miała w sobie coś niezwykłego – z jednej strony zamykała ją ściana kulis, z drugiej zaś otwierała się na widok bezkresnego pejzażu. Wyglądało to tak, jakby ściana nie istniała.

Było w tej sytuacji coś zastanawiającego, odkrywała nowe możliwości poruszania się. Wystarczyło też zadać pytanie, by otrzymać odpowiedź. To wszystko ją oszałamiało.

Myśl wyzwoliła ruch. Poczuła, jak przechodzi przez ścianę, a jej zmysły odnotowują strukturę, grubość i wewnętrzną porowatość ściany, jak przenika przez drzwi, korytarze i ludzi.

……………………………………………………………………………………………………………………………..

Znalazła się na znanych korytarzach, ciągnących się w nieskończoność, przestronnych, tonących w bieli, jak w szpitalach.

Nagle zobaczyła czarną kotarę i usłyszała wewnętrzny głos: tam wchodzić nie wolno.

Jednak weszła, w jasny i sterylny korytarz. Idąc dotarła do końca.

Zobaczyła, jak glinę mieszano z czymś niebieskim i formowano coś, co przypominało głowy. Na białej, ruchomej płaszczyźnie leżał biały człowiek, a ONE go kołysały rozmawiając i śpiewając.

Zatrzymała się pokazując, by razem z nią uciekały.

Ruszyła do odwrotu. Okazało się, że musi przeciskać się z trudem przez korytarz-tunel.

Obok pojawiła się biała postać, która jej pomagała. Walcząc, szła cały czas pod górę.

Wreszcie zobaczła czarną zasłonę – okazało się, że tych zasłon jest niezliczona ilość.

W końcu znalazła się w holu, jakby tym samym, ale już ze światłem wieczornym i mnóstwem ludzi rozmawiających w różnych językach. Miejsce to przypominało restaurację. Skierowała się do wyjścia.

…………………………………………………………………………………………………………………………..

Znalazła się w pomieszczeniu laboratoryjnym ogromnego budynku, z dużą ilością korytarzy, świateł i ludzi. Pośrodku stała cynkowa wanna, wypełniona gotującym się płynem. Wokół dostrzegła rozstawione białe miseczki przypominające szpitalne nerki.

W prostokątnej wannie, zasuwanej od góry, leżał człowiek.

Jak mogłam to przeżyć – dobrze,że mam to już za sobą – pomyślała z ulgą.

…………………………………………………………………………………………………………………………….

To jakiś dziwny sen, a może to nie sen…

Weszłam w czyjąś śmierć, w ten proces chemiczno-fizyczny.

Na tym poziomie to rozpad, dezintegracja. Odczucie nieodwracalności i samotności.

…………………………………………………………………………………………………………….

Dom nie różnił się od innych. Otaczał go ogród skąpany w jesiennym słońcu.

Przestrzeń w środku domu była pusta, jedynie ściany mieniły się czerwono-zielonymi malowidłami.

Szła przez liczne pomieszczenia i ciągle miała wrażenie niezwykłości tego zamkniętego piękna. W końcu sali spostrzegła sporą grupę ludzi.

Wyczuwała niepokój. Podchodziła do obrazów i podnosiła je szukając zakamuflowanego wyjścia.

………………………………………………………………………………………………………………..

Mają przyjść znajomi z teatru. Mieszkanie jest czyste i napełnione światłem.

Ona wchodzi do łazienki, by wziąć prysznic i przebrać się. Jednak pojawia się problem. Zaczyna zdawać sobie sprawę, że przedstawienie się zaczęło, a ona pogrąża się w tym rozbieraniu.

Na podłodze już leży spora sterta ubrań, a ona ciągle je z siebie zdejmuje.

Łazienka też zaczyna inaczej wyglądać… jakby od lat była nieużywana. Nie może umyć twarzy, bo plastikowe rękawiczki przywarły jej do rąk, a wokół pojawia się ciemność, jakby straciła wzrok.

——————————————————————————————————————

Czepiała się żaluzji, ledwo trzymającej się okna. Z wyjątkiem ciemnofioletowych konturów wszystko tonęło w bieli – żaluzje, okno, pokój i.. lew. Nie wiadomo skąd się wziął. Widziała jego wielkie łapy z pazurami, dotykające żaluzji.

Pojawiła się kobieta, chciała go odciągnąć.

Po chwili w cieniu, na białej pościeli, zobaczyła zwiniętego w kłebek tego samego, ale już małego lwa.

Usłyszała jego rozdzierający lament. Tę dziwną pieśń śpiewał sam, a może z kobietą?

…………………………………………………………………………………………………………………….

Domy i ulice były zatopione we mgle. Unosiły się w niej niewidzialne nici, lepkie, cienkie i kleiste. Rozciągały się wszędzie, jak cienka pajęczyna.

Wiedziała, że nikt się od nich nie uwolni.

Czuła, jak ją oblepiają. Powoli jednak uwalniała się, zdejmując pomarańczową bluzkę. Zieloną gałązką sprawdzała przestrzń i tak omijała tę sieć.

Widziała młodą dziewczynę, która z lubością oblepiała się nicią, bez szans wydostania się z matni.

………………………………………………………………………………………………………………………..

Uczucie zagrożenia obezwładniło ją. Muszę uciekać – pomyślała i raptem poczuła, że się unosi. Jedyną jej myślą było: wypłynąć z tego pokoju. Ktos próbował łapać ją za nogi i stopy.

Dostrzegła otwarte okno, więc przepłynęła przez nie. Pomieszczenie, w którym się znalazła było pełne farb i zakrętek. Z wysokości sufitu wyglądały jak mozaika. Wiedziała, że nad nią znowu jest pułap.

Nie wiadomo kiedy znalazła się na łące. Wylądowała na jej skraju.

Patrzyła na stojących nie opodal ludzi… Wzbijała się i powoli opadała.

………………………………………………………………………………………………………………

Jestem w świetlistym mieście. Widzę most nad ogromną rzeką. W zamarzniętej wodzie dostrzegam sylwetkę i twarz zakonnicy. Jedna leży zatopiona w bryle lodu, biały kornet otacza jej młodą twarz. Po chwili widzę też drugą. Znajduje się daleko, ale jest tak wyraźna, jakby była tuż obok.

Wiem, że muszę przejść na drugą stronę. Most ugina się. Pod stopami pojawiają się jakieś stopnie, po których najpierw wchodzę, by za chwilę po nich zejść. Przed sobą dostrzegam dużą powierzchnię mostu zanurzoną w wodzie, słyszę krzyki ludzi wpadających do wody.

Myślę: jestem sama, nie dam rady przejść.

Zapada ciemność… Znajduję się po drugiej stronie mostu, z gronem znajomych.

……………………………………………………………………………………………………………………………..

Wysiadając nie wiedziała skąd przyjechała.

Okolica przypominała obraz malowany szerokimi pociągnięciami pędzla, wymazującymi realne kształty. Widok był przygnębiający.

Idąc zauważała zmieniający się krajobraz. Teren zaczynał nabierać realności i czystości.

Trudno byłoby jej określić, jaka to pora roku lub dnia. Był to pewien rodzaj nieruchomości czasowej.

Dotarła do drogi, przy której zaczęły się pojawiać zabudowania.

Podeszła do domu z werandą. Otworzyła drzwi i weszła do środka.

W pomieszczeniu zobaczyła babunię, a po chwili wszedł dziadunio.

Przypomniała, że od lat nie żyją.

Ach, to tak to wygląda – pomyślała.

………………………………………………………………………………………………………………………

Była to wigilijna, zimowa, mroźna noc na rosyjskiej wsi z początku wieku. Powietrze przeszywało zimnem tak, że z trudem oddychała.

Nagle znalazła się w niewielkiej kuchni starego domu i zobaczyła rogowe okno oraz drzwi na taras, a za nimi ogród i w oddali las.

Ogromny księżyc oświetlał najdrobniejszy szczegół. Wszystko iskrzyło się i odbijało w lodowatym świetle.

………………………………………………………………………………………………………………………..

Letni, ciepły dzień nie zapowiadał niczego niezwykłego. Leciała na spadochronie na ogromnej wysokości. Jej wzrok ogarniał bezkresną dal.

Raptem, w odległości 100 metrów, zobaczyła inny, rozlatujący się spadochron. Wyglądało to tak, jakby eksplodował pakunek. Widać było tylko ten moment rozpadu.

Schodziła na ziemię, rozplątując się ze sznurów i biegła do grupy ludzi rozmawiających o wypadku. Zobaczyła mężczyznę z eksplodującego przed chwilą spadochronu, jak pisze czymś zaaferowany, wstaje i odchodzi.

………………………………………………………………………………………………………………………..

Zza zakrętu rzeki zobaczyła pławiące się szaro-białe konie.

Wstrząsające wrażenie wywoływała w niej woda, koloru krwi, i zady zwierząt, lekko zabarwione czerwienią.

Widziała, jak z ogromną szybkością wybiegły z rzeki wprost na drogę, na której stali ludzie.

Czuła pęd koni, ale wiedziała, że jej nie stratują.

…………………………………………………………………………………………………………………………

Znalazła się w pałacu z wielkimi pomieszczeniami pełnymi przepychu i mnóstwem ludzi. Schodziła po szerokich schodach kierując się do wyjścia. Drewniane katedralne drzwi otworzyły się na zewnątrz.

Było słonecznie i ciepło. Wszystko przenikało słońce. Trudno było określić, jaka to pora roku i dnia. Zobaczyła ludzi spacerujących, a może gdzieś podążających. Zieleń trawy dominowała nad innymi kolorami.

Drzwi zostały za nią zamknięte. Po chwili odwróciła się, by wejść z powrotem. Drzwi otworzyły się bez jakiegokolwiek wysiłku.

Gdy wchodziła do środka, mężczyzna w ciemnogranatowym garniturze i czarnych okularach wciskał się przed nią. Jego krok wtopił się w jej krok.

Wyglądało to tak, jakby po niego wyszła. Byli już w środku.

Ogromne drzwi zatrzasnęły się za nimi.

—————————————————————————————————

Na rynku miniaturowej starówki, widać było przestrzeń ciągnącą się po horyzont. Dachy kamienic sięgały jej do ramion,

Nagle znalazła się w swoim domu.

Wyjrzała na balkon, na którym odbywało się przyjęcie. Przy stole siedziało sporo ludzi. Czekali na nią. Była tam mama i znajomi, i jeszcze jacyś ludzie. Z różnych pięter domu wychylano się z życzeniami.

Zdumiała ją niebotyczna wysokość. Usiadła mile zaskoczona. Zaczęła zdejmować chustę, spod której wyleciał gołąb, szaroczarny z czerwonymi plamkami.

………………………………………………………………………………………………………………..

Była to ulica przechodząca w uliczkę. Po jej obu stronach rozciagały się ogrody. Tam warzywa, a dalej krzewy bzu i jaśminu, drewniane domki. Wszystko przepełnione słońcem.

Jakieś stare kobiety czymś zaciekawione i rozgadane uwijały się wokół domostw. Przez otwarte okna widziała lśniące czystością kuchnie z piecem i płytą kaflową.

Do przystanku znajdującego się przy głównej drodze trzeba było przejść przez las.

Nagle w zasięgu wzroku pojawił się niebotyczny dąb – piękny i kolorowy, mienił się światłem i barwami, jak w kalejdoskopie.

………………………………………………………………………………………………………………………….

Ona idzie do ślubu. Ma białą sukienkę i narzucony biały płaszcz.

Chce jeszcze dokończyć makijaż.

Podają jej ciemny puder w kremie…

Jest w czarnym habicie, właściwie to krótka, czarna sukienka. Wokół szyi ma zakręcony kolorowy szal. Włosy krótko przycięte, siwe, kręcone. Podoba się sobie.

Za chwilę ma włożyć na głowę biały czepiec-welon, coś, co noszą mniszki.

…………………………………………………………………………………………………………….

To chyba dworzec, a może lotnisko, coś co przypomina miejsce przeładunkowe. Ogromna ilość ludzi. Z tłumu nagle wyłania się mężczyna, który szuka pomocy właśnie u niej; od kogoś ucieka, ktoś na niego poluje.

Bierze go pod rękę, mówiąc, że ostatni raz mu pomaga. Przechodzą przez bramki i kolejne miejsca kontrolne. Nagle znajdują się na początku ogromnej kolejki, z pięknym rasowym jamnikiem u boku.

Siedzą na malutkiej platformie, która ma ich zawieźć do kolejki metra.

Kiedy się wychylają, widzą w dole ten pojazd.

Czuje się wybrana, bo z tego ogromu ludzi, tylko Oni i pies mogą tam się znaleźć.

………………………………………………………………………………………………………………

Pokoje tworzą amfiladę. Właściwie, to korytarz bez światła dziennego, przedzielony ściankami.

W pomieszczeniu stoi stół z jakąś grą, wokół stołu gromada mężczyzn. Kiedy dotyka gry, opuszki jej palców robią się czarne, po chwili czernieją całe ręce.

Udaje się jej uciec: otwiera oszklone drzwi i pokonuje napór agresywnych ludzi.

W następnych pomieszczeniach ludzi jest coraz mniej. Pęd i ruch powodują, że przechodzi przez ściany, przez trwałe zamknięcia i barykady z mebli.

W końcu zostaje sama. Czuje ciągły ruch do przodu.

……………………………………………….

Czuję wbijające się w moje ręce wściekłe koty. Ból jest nie do zniesienia. Po chwili jestem w jakimś pomieszczeniu. Koty znowu wczepiają się w moje ręce. Krzyczę, aby ktoś podał mi wodę. Po chwili zanurzam ręce z uczepionymi do nich kotami w wiadrze i czuję, jak uścisk robi się lżejszy. Próbuję się uwolnić.

Pokazuję komuś ręce. Na jednej z nich przez moment widnieje ślad po ugryzieniu: pieczęć w kształcie koła. Po chwili znika.

………………………………………………………………………………………..

W pomieszczeniu stoi kura, a może dwie kury… Są ogromne i kolorowe, a ja z lękiem próbuję je ominąć. Na rękach trzymam jakieś dziecko. Razem z nim udaje mi się wyjść na zewnątrz.

Dostrzegam leżący na ziemi pędzel i myślę, że powinnam go zabrać. Ta myśl, nie wiadomo dlaczego, wyzwala we mnie straszny lęk.

Chcę wziąć ten pędzel… Raptem widzę, jak mnóstwo pędzli, z dużą szybkością, wbija się w przezroczystą ścianę.

……………………………………………………………………………………..